sobota, 14 kwietnia 2018

Salzburg na szybko

- Co dziś gotujemy na obiad? - zapytalam w Wieki Poniedzialek chlopa naiwnie.
- Nic, słońce jest, trzeba gdzieś pojechać - odpowiedział.
Ja, jak zwykle jojczylam, że jak, gdzie, że prawie 12ta już.
Pojechaliśmy na dworzec, popytalismy co i jak i juz bilet był w dłoni i juz za pół godziny pociąg. Chcieliśmy nad jezioro, ale Berberowna wyczytała, że na tym bilecie można do Salzburga. Okazało się, że jezioro zbyt daleko od stacji, wiec stanęlo na życzeniu Berberowny i Salzburgu właśnie.
To naprawdę był spontan, bo ja bardziej przygotowana to czasem na miasto jeżdżę.
W torbie miałam wodę, chusteczki i pół paczki herbatników. Na stacji wciągnelismy pizze, kebsa i tyle.
Salzburg jest przeuroczy, ze stacji do rynku idzie się jakieś 15 minut. Nas zachwyciły zaułki, w których znajdowały się pasaże ze sklepikami i widok na jeszcze ośnieżone góry. Ogrody przy Pałacu Mirabell oraz Stare Miasto, które od 1996 roku jest wpisane na liste UNESCO Wdrapalismy się też na Mönchberg, po to aby mieć widok na panoramę miasta i jeden z najwiekszych zamkow w Europie, czyli Hohensalzburg oraz zjeść strucel jabłkowy i Kaiserschmarn, typowe austriackie desery.
Zobaczyliśmy tez Dom Urodzenia Mozarta, charakterystyczna żółta kamienice na rynku,
naprzeciw której sprzedaje się Kule Mozarta, chyba najpopularniejsze czekoladki Salzburga.
Na sam koniec Berberzaki pobawily się jeszcze na placu zabaw i wróciliśmy do domu.
Z checia powtórzę kiedyś taki wypad. Serdecznie Wam polecam odwiedzenie Salzburga!









































wtorek, 6 marca 2018

Wojna

Ciągle wracam myślą do małej Bany, osmioletniej Syryjki, która wystąpiła na Gali Oskarowej. Jej rodzina przeżyła naloty bombowe w Aleppo i udało jej się w końcu uciec z tego piekła na ziemi. Bana mając dorywczy dostęp do internetu pokazywała filmiki nagrywane w trakcie nalotów. Można było wyraźnie zobaczyć i usłyszeć strach jej rodziny, huk bomb i to co po sobie pozostawiają.
Napisała nawet książke o swoich przeżyciach pt. "Dear World".
Jej historia została też pokazana w nominowanym dokumencie "The last Man in Aleppo".
Myślałam, że to smutne, wkurzające i namacalne bliskie, bo przecież ile razy w trakcie Jasminowej Rewolucji, dyskutowaliśmy o losach Syrii, ile razy z ust Berberoojca padały wtedy słowa, że będą się tam działy straszne rzeczy na oczach całego świata.
To mogliśmy być my, tylko na szczęście w Tunezji rozeszlo się po kościach.
To na nas mogły spadać bomby, ale skończyło się godzina policyjna i policjantami z ostrą bronią na skrzyżowaniach.
To nasze dzieci mogły chować się w kacie ze strachu, ale Prezydent okazał się nie być totalnym psychopata, a tchórzem i uciekł zwyczajnie.
Mogliśmy cierpieć głód, ale jednak udawało się kupować spod lady, gdy Libijczycy wykupowali masowi towar i wywozili go od nas ciężarówkami.
Nie musiałam z kilkulatka i noworodkiem pakować się na łódź i uciekać.
A mogło tak być, było realne, bardziej niż sami przed sobą chcemy przyznać.
Nie mieliśmy na nic wpływu, na to się nie ma.
Czuję wdzięczność, ulge i doceniam to, co możemy mieć.
Do dziś takie historie mnie bardzo poruszają i cofaja do własnych przeżyć, które nawet po części nie były takie straszne.
A dzis w tym wszystkim, w drodze do domu ze szkoły, Syn mój, urodzony razem z ta Rewolucją, trzymając mnie za rękę mówi:
- Mamo, ja chciałbym, żeby nie było już nigdzie wojny i żeby osoby ranne na wojnie wyzdrowialy.
Można by przecież popsuć czołgi i nie byłoby już wojny...
Zaczynam niewyraźnie widzieć i ciężko mi powiedziec cokolwiek sensownego.

Adam, lat 7, chodząca empatia



niedziela, 4 marca 2018

Zima

Dziś, po dwóch tygodniach prawdziwej zimy z mrozami takimi, że włosy w nosie zamarzaly i ja rajstopy pod spodnie zakładałam, przyszła odwilż. Berberzak wylazła na podwórko i przylazl z przemoczonymi butami ( bo on mi przecież mówił, że tym sprayem konserwującym, to trzy razy mam popsikać ).
Nie spodziewałam się już, że nam tak sypie i muszę przyznać,  że z kawą w ręce,  kiedy pieknie przyświecało słońce i nie trzeba było iść ubranym na niedźwiedzia do roboty, nawet ta zimę chłonełam wszystkimi zmysłami.  Kiedy szłam do roboty, czerwona na paszczy jak przasna baba, to cudnie mi się jawil szpaler białych drzew.
Najwspanialszym jednak przeżyciem było pójście na basen w takiej bieli. Nasz okoliczny kompleks basenów ma jeden zbiornik zewnętrzny i to jest w takich warunkach cud. Oglądasz biały, nietkniety stopa ludzka park i siedzisz w parujacek wodzie. Po wyjściu nogi z gumy, wilczy głód i chęć zakopania się pod kołdra gwarantowana, człowiek czuje się dosłownie jak niemowlę.
Muszę się przyznać, że po powrocie do domu było mi tak blogo, że nie przejmowałam się zupełnie robota leżąca odlogiem.
Baterie moje zostały doładowane i pozwoliły docenić uroki zimy.
Nie ma ciapy, nie pada deszcz, dzieciaki zjeżdżają w szkole z górki na pazurki, dzięki śniegowi jest jaśniej.
Poza tym teraz to już dni są dłuższe i za chwilę będzie prawdziwa wiosna, a za większą chwile nasz urlop, na który czekamy z utesknieniem.